knieja bullet Co szumi w kniejach
Filmy
Ogłoszenia
Forum dyskusyjne
Galerie zdjęć
Tapety
Opowieści z kniei
Kuchnia myśliwska
Kalendarz
Znalezione w sieci
Kynologia
Akty § Prawne
Cz@t
Strona główna
 
 
 
 
 
 
 
Ogłoszenia
login: hasło:
Zapomniałem hasła Zarejestruj się!
     
« Opowiadania łowieckie

Dzwony na trwogę i siuta z brodą


Obiecano mi kozła
nad Smolnika wodą
a mnie wyszła siuta
z wytarganą brodą.

Pierwszy sezon na rogacza w 1983 r. zastał mnie w nowym kole jako łowczego. Na ten czas dzierżawiliśmy jeden podmiejski obwód łowiecki . Terenu jeszcze nie znałem, stąd polegałem na radach nowych kolegów po strzelbie.

Był to czas po dość przykrych doświadczeniach dla koła związanych z utratą dzierżawy obwodu- pięknego i zasobnego w zwierzynę łowną , a nieco później-chyba po roku-drugiego w woj. Tarnowskiem, który nam wydzierżawiono jako rekompensatę po utracie tego pierwszego.

Plany łowieckie sporządzone jeszcze przez mojego, poprzednika sp. Michała przewidywały do odstrzału 10, rogaczy,12 kóz i cztery koźlęta, a należy wiedzieć, że sarny były jedyną grubą zwierzyną w tym podmiejskim obwodzie. Było tez trochę zająca i bażanta, bo za czasów prezesury płk doc. dr n. med. . Czesława Beleca , w połowie lat pięćdziesiątych nasze koło jako pierwsze w Sądeckiem rozpoczęło reintrodukcję tych pożytecznych kuraków polnych. Obecnie co roku zasilamy łowiska setką ptaków rocznie ze znaczną przewagą kur. Ponoć takie kury lepiej podobają się dzikim kogutom co jest widoczne w zrealizowanym przyroście tego gatunku.

Czasem od limanowskich lasów zapędził się do nas jakiś zbłąkany jeleń, a nawet – jak opisuje w naszej kronice s. p Paweł Stefański –w naddunajeckich wiklinach spotkano wędrującą klępę łosia z łoszakiem. Na 19-tce można też zapolować na piżmaki bytujące dość licznie w pożwirowych stawach w Rdziostowie. Jest trochę kaczki i innego ptactwa wodnego. W obwodzie żyła dość liczna populacja lisów z którymi mieliśmy ciągłe perypetie, bo co rusz uznawano nasz teren a zresztą i przyległe za zapowietrzony wścieklizną . Teraz lisów jest nadal dużo, zbyt dużo, ale będąc szczepione już nie chorują na wściekliznę. Na licznych zakrzaczonych potokach gniazdowały całe stada wron, srok i gawronów. Istna plaga! Ze skrzętnie gromadzonych dokumentów wynika,że we wczesnych latach pięćdziesiątych wykładano zatrute fosforem jaja i tym sposobem ograniczano populacje skrzydlatych szkodników łowieckich.Takie wtedy było nazewnictwo i chyba słusznie, bo owe całe stada „skrzydlatych drapieżców” tylko czekały na wykoty zajęcy, lęgi bażantów i kuropatw.
Trując -sprytnie ukrytym w jajach fosforem, zapomniano o prozaicznym fakcie – łańcuchu pokarmowym. Prowadzono też liczne akcje odstrzału, szkodników a każdy myśliwy musiał się wykazać swoimi osiągnięciami. Do pewnego czasu , zanim nie uznano tego procederu za niezbyt etyczny a nawet barbarzyński – każdemu zastrzelonemu szkodnikowi obcinano którąś tam łapkę , a koła łowieckie nagradzały efekty zwrotem amunicji . Za moich czasów nie stosowano już tego procederu, ale na skrzydlate drapieżniki polowaliśmy nadal bez okresu ochronnego,organizując – szczególnie w okresie wczesno wiosennym specjalne zbiorowe wyjazdy. I tu zabawny epizod!

Wczesną wiosną , a jeszcze wcześniejszym rankiem wyjeżdżamy do łowiska w kilka strzelb. W Sączu oczekują nas koledzy tam zamieszkali i już razem udajemy się w kierunku, Trzetrzewiny aby tam zapolować na te szkodniki.Nie było to jednak takie proste, bowiem ptactwo natychmiast orientowało się w naszych zamiarach i nie pozwalało się zbliżyć na skuteczny strzał, no, ale kilka srok mieliśmy już na rozkładzie. Przy okazji rozstrzeliwaliśmy spotykane gniazda. Należy przyznać ,że nie było to zbyt łatwe bowiem krukowate budują solidne gniazda z suchych patyków które są zazwyczaj zawieszone w rozgałęzieniu konarów drzewa . Składają się z czterech warstw. Ściany są splecione z cienkich i giętkich gałązek a dno wyścielone mieszaniną ziemi wymieszanej z trawą, sierścią zwierząt, która tworzy wyściółkę. Sroki dodatkowo zaopatrują swoje gniazda – też w obawie przed rabunkiem , w solidny daszek misternie spleciony z dość grubych gałązek .

Zbliżamy się zakrzaczonym potokiem do Biczyc mijając po drodze kościół, wokół którego rosły i rosną nadal wiekowe drzewa, które upodobały sobie gawrony na swoje siedlisko a, że te ptaki gniazdują w koloniach to też było ich tam bardzo dużo.Na tą chwilę prezes naszego koła nie mógł pochwalić się celnym strzałem , stąd zaczął podchodzić owe gawrony skupione na kościelnych drzewach. Ludzi raczej się nie bały stąd i strzał niemal pewny – mniemał prezes. Była -godzina 5,45 rano, jako, że w łowisku bawiliśmy już od brzasku – rozległ się strzał prezesa i w tym samym czasie kościelny – któżby inny, zaczął bić w dzwony zwołujące wiernych na poranną mszę. Strzał prawie , że zlał się z biciem dzwonów, gawron spadł a prezes przestraszył się nie na żarty i prawie biegnąc w naszym kierunku , z gawronem w ręce krzyczał ! Koledzy spadamy – no brzmiało to nieco dosadniej – kościelny na trwogę dzwoni! Przestrach prezesa nie udzielił się nikomu, ale wywołał wesołość i długo nie milknące kaskady śmiechu. – Na tej to akcji tzw. tępienia szkodników, bezpowrotnie zakończyliśmy zbiorowe strzelanie ptaków zwanymi skrzydlatymi drapieżnikami, objętych teraz okresami ochronnymi.

Jest jednak faktem niezaprzeczalnym, że populacje krukowatych, poprzez wprowadzenie okresów ochronnych rozmnożyły się nadmiernie, zagrażając zającom, bażantom i kuropatwom a to już fakty naukowo udowodnione.

Rozpisałem się o krukach i wronach, – chociaż nas pewnie nie rozdziobią – a tu miało być i o „siucie z brodą”. Na moje pierwsze polowanie tu w górach zabrał mnie Krzysiek Schaffer.Wraz z nami jechali: Czesiek Gosztyła i Edek S. Mieliśmy polować w okolicy jakiejś Zawadki.- Oni to cwani –pomyślałem.Znają teren, bo dla mnie obcy, choć urokliwy, zresztą nigdy nie polowałem w górach stąd kierowałem się wskazówkami kolegów no i trochę własną łowiecką intuicją.Stanowisko wypadło mi za jakąś stodołą w śliwkowym sadzie z widokiem na bliską linię lasu i potok płynący w głębokim zakrzaczonym jarze. To ze styku tego potoku z tym lasem miał ponoć wychodzić wyjątkowy selekt. Nie byłem zachwycony tym miejscem,chociaż widoki na pobliską okolicę wspaniałe ale za plecami stodoła i zabudowania gospodarcze, a i stanowisko które wybrałem – w śliwkach - urągało nieco regulaminowi polowań.

- No cóż – pomyślałem.Innych warunków terenowych nie będzie. Usiadłem na stołeczku w gęstym krzaku zdziczałej śliwy z dobrym wiatrem i prawie niewidoczny dla otoczenia. Usunąłem gałązki zasłaniające mi pole ewentualnego strzału i oczekuję pełen wiary w opatrzność św. Huberta. Zachodzące słońce kładzie coraz dłuższe cienie, czyniąc styk potoku z lasem coraz ciemniejszym.Zerknąłem na zegarek, bo czas jakoś tak wlókł się jakby wydłużając czas mojej zasiadki. Pomyślałem,że niedługo będę musiał wracać na miejsce spotkania- a tu z kierunku owego styku potoku z lasem słyszę jakieś głosy. Złamała się gałązka , potem trzasnęła druga , jakieś ciężkie stąpania… czyżby dzik , ale skąd skoro koledzy mówili , że nigdy tu dzików nie było , a może nie uprzedzili mnie , a może chcieli sprawdzić „nowego” . Trochę się denerwuje, zresztą mam to od zawsze – a ponoć myślistwo uspokaja. Myślę, że najlepiej aby to był dzik , bo z tym zwierzem mam swoje pomorskie doświadczenia : przecież kozioł tak głośno się nie zachowuje , ale na wszelki wypadek przygotowałem się do strzału .Manlicher oparty w śliwkowym rozwidleniu konarów leży stabilnie.Światło w lunecie pełne.-No wychodź wreszcie! I to coś usłuchało moich ni to próśb ni to nalegań. Oczom nie wierzę, bo ze styku lasu z potokiem wychodzi nie żaden zwierz, ale wiekowa i więcej jak tęga matrona kierując się w moim kierunku,czyli tak jak miał to zrobić oczekiwany rogacz. Gdy była już bardzo blisko mojego krzaka śliwy, przystanęła,obejrzała się wokół- zwietrzyła mnie czy co?- pomyślałem, odwróciła się tyłem do mnie i stodoły poczym zaczęła podnosić swoje spódnice – musiało ich być kilka - bo trochę to trwało – wypięła swój ogromny zad w kierunku stodoły i moim, nieco się przychyliła no i zaczęło się wydalanie ubocznego produktu filtracji nerek.Bielizny to nie nosiła, zresztą i po co? Pewnie tak znacznie wygodniej:
- odczekałem skurczony we czworo z lufą manlichera sterczącą Panu Bogu w okno, do chwili, kiedy to zniknęła za rogiem stodoły.Pomyślałem!.Stanowisko wybrałem dobrze i nawet kozioł nie powinien mnie zoczyć ani wyczuć. Acha! Dobrze, że wiatr, który wiał wcześniej od potoku nieco się zmienił, tak, że owe zapachy niosło bokiem no i potok wcale nie przybrał, a płynął dalej ku ujściu do Smolnika a dalej Dunajca, swoim zwyczajnym ale jakby nieco niezadowolonym szemrzącym nurtem.

Polowanie zakończyłem i idąc na spotkanie z kolegami, w rzeczy samej uznałem, że ta przygoda warta była nawet najładniejszego trofeum. Wracałem zadowolony. Koledzy którzy już zakończyli łowy - też bez efektu – pytają jak było , i czy coś widziałem ?- Owszem odpowiadam! Widziałem nienaturalną i niespotykaną w łowisku zwierzynę, czyli ogromna starą „siutę z brodą” a, że mówiłem to w sposób zagadkowy z tajemniczym uśmieszkiem, to i ciekawość kolegów niepomiernie wzrosła.- Jaką siutę i z jaką brodą? Natarczywie dopytywali koledzy. Nie wystawiałem już ich cierpliwości na dalsze próby i opowiedziałem im całe zabawne i niecodzienne zdarzenie. Po mojej opowieści wspólnie orzekli,że owa” siuta „ na pewno miała brodę tylko w nieco innym miejscu i pewnie trochę wytartą.

Rogacza w tamtym sezonie nie strzeliłem no i ta „stara siuta” z wytartą brodą ciągnęła się dość długo za moją reputacją łowiecką - oczywiście, w sensie humorystycznym.


Gwintowka
autor: gwintowka
Wydrukuj Wydrukuj

 
O nas kontakt Kontakt reklama Polityka prywatnoœci Reklama strona główna Strona główna
Copyright © 2002 - 2017 knieja.pl.