Nasza Nysa


W dawniejszych latach, kiedy drogi były gorsze, a zwierzyny w bród, do kniei jeździło się, czym kto mógł, najczęściej pociągiem, w tych czasach kolej to była firma, co się zowie. W "Bieliku" przynajmniej dla mnie od niepamiętnych czasów mieliśmy "naszą nysę", kierowana tylko i wyłącznie przez nie byle, jaką osobistość koła Henia M, osobiście nadzorowana przez Łowczego Józia F, zawsze była na chodzie, i służyła nam "wieki".
Nysą jeździliśmy na wszystkie "zbiorówki", a polowaliśmy nie tak jak dzisiaj, tylko w każdą wolną sobotę i wszystkie niedziele od początku do końca sezonu zbiorowych polowań. Uważaliśmy, że pędzone polowanie to okazja do koleżeńskiego spotkania, wyrabia się poczucie dyscypliny, kultywuje tradycje łowieckie. . , W tamtych czasach niewielu z nas miało swoje środki transportu, ciągnika dorobiliśmy się nieco później, to Nysą rozwoziliśmy karmę dla zwierzyny.

Teraz karmę się po prostu kupuje w zależności od potrzeb, no i zasobności kasy koła, w tamtych czasach załatwiało się, co było można w zależności od posiadanych układów.
Mam w tym swój humorystyczny udział, koledzy ze związków spożywców załatwili mi w zakładach mięsnych gorące skwarki tuż po wytopie nie kosumcyjnego tłuszczu. Henio skwarkami załadował całą Nysę i po południu, zamknął samochód w garażu Ośrodka Transportu Leśnego, i tak zaczęła się " kryminalna afera ".

Józek otrzymuje telefon, od Dyrektora OTL, Edzia S, w waszej Nysie jest rozkładający się nieboszczyk, cuchnie na całą dzielnicę, portierzy pouciekali.
Zima była tęga i gorące skwarki w zamkniętym samochodzie błyskawicznie się zaparzyły i z stąd ten zapach, wywieźliśmy to pośpiesznie to w łowisko i ściągnęliśmy lisy z całej okolicy.

Przy dobrym humorze Łowczego i w uzasadnionych przypadkach Nysą jechaliśmy w łowisko na polowanie indywidualne. Jak dziś pamiętam taki wyjazd, są żniwa na naszym poletku produkcyjnym przy torach owies już dojrzały, kosimy go snopowiązałką, snopy wozimy do stodoły Leśniczego Henia O, na zimowe dokarmianie. Wieczorem po robocie hajda na zasiadkę, wysiadamy z Józiem pod Rynicą, i umawiamy się, że On siada na zwyżce i twardo siedzi aż Henio po nas przyjedzie, a ja jak zwykle chodzę miedzami i szukam łowieckiego szczęścia. Jest pełnia, ciepło i bez wietrznie, lustruję chłopskie ścierniska "żywego ducha". Zmęczenie żniwiarza daje mi się we znaki, siadam pod lasem na sprasowanej kostce słomy, a może by tak troszkę się położyć, zawsze to wygodniej, szybciej odpocznę i pójdę dalej.
Obudziło mnie przejmujące zimno, nie wiem gdzie jestem i co się, że mną dzieje, w zmarzniętych rękach trzymam sztucer to już dobrze, spałem, że trzy godziny, bo właśnie dochodzi północ, więc teraz szybko pod Józia ambonę.
replica iwc della migliore qualità online, benvenuto per l'acquisto. Esattamente come l'orologio originale.

Chyba mnie samego w polu nie zostawili, a do kwatery ponad trzy kilometry. Dochodzę do ambony i słyszę, że smacznie chrapie, jestem szczęśliwy. Nadjeżdża Henio, On nie spał i ma w Nysie, przelatka.

Pyta nas, a wy coście widzieli, ja zanim zdążyłem otworzyć usta Józek ucina dyskusję, my z Prezesem z polowania nie żyjemy.



Copyright © 2002-2024 www.knieja.pl