Pierwszy dzik


Zgłosiłem się w Reptowie u Leśniczego, nieżyjącego już zacnego pana Michała. Wiedział już o mnie chyba o moim przyjeździe, bo przyjął mnie bardzo życzliwie słowami to, co zapolujemy na pierwszego dziczka.
Pojechaliśmy w okolice wsi Sowno, duży łan owsa pod lasem, pan Michał patrzy przez lornetkę i mówi do mnie widzi Kolega są już na środku pola, duża znajoma wataha, dwie lochy z małymi i kilkanaście przelatków trzymających się pewnej odległości od lasu.

Krótka decyzja pana Leśniczego, On sam zostaje przy samochodzie, a ja mam podchodzić dziki nad ścianą lasu. Mówi przyjaźnie po ojcowsku tylko podchodź powoli bez nerwów i jak najbliżej, najwyżej uciekną, ale na pewno wyjdą ponownie, bo jedzonko mają atrakcyjne.

Sztucer załadowany, z podpórką w ręce, z duszą na ramieniu podchodzę, od samochodu do dzików było na oko ze trzysta metrów, a wydawało mi się, że to, co najmniej trzy kilometry.

Idę wolniutko noga w nogę mam odczucie, że mnie słychać na kilometr, ale dziki spokojnie żerują, przystając obserwuję je przez szkła, lochy, co raz bacznie lustrują teren, młodzież urządza sobie harce, przelatki najdalej od ściany lasu zawzięcie smykają kłosy owsa.

Przystaję, chyba już bliżej nie można, lochy jakby wyczuwały moją obecność, jeszcze raz obserwuję przelatki utwierdzam się, że niema miedzy nimi większej sztuki. Plecami opieram się o sosnę, sztucer kładę na podpórkę, jeszcze raz lornetuję pole strzału, biorę w krzyż najbliższego przelatka, serce mam w gardle. Dzik jak mucha lata w lunecie, mówię do siebie uspokój się i przygryzam wargę aż do krwi, naciągam przyspiesznik i wreszcie lokuję krzyż na komorze. Jednak trochę zrywam strzał, dzików ani śladu, za moimi plecami Pan Michał, który podszedł do mnie jak duch mówi krótko "leży", wypalimy papierosa idziemy patroszyć.

Ten papieros pewnie miał metr długości, ale wreszcie idziemy, po około pięćdziesięciu krokach jest, strzelony na łopatkę przelatek. W skupie ważył trzydzieści trzy kilogramy.

Jeszcze raz gratulacje od Leśniczego, "złom" umazany w ranie postrzałowej jest już przy kapeluszu.

A teraz zobaczymy czy kolega umie patroszyć, myślę trudno trzeba się sprawdzić i od razu wpadka, wyciągam z pochwy kupioną w sklepie myśliwskim w Rostocku wielką finkę. Na co Pan Michał z przekąsem, co będziesz pan go od razu ćwiartował, masz pan tu porządny nóż, którym patroszę od kilkunastu lat, to mówiąc podał mi mocno sfatygowany scyzoryk, ale ostry jak brzytwa. Patroszę pot mi zalewa twarz, cały ufarbowany, ale szczęśliwy ładuję z pomocą Pana Michała dzika do bagażnika. Przystajemy koło Leśniczówki na pożegnanie dziękując za mój myśliwski chrzest wręczam panu Michałowi symboliczną piersiówkę. Dzik do skupu, a Ja jak najszybciej do domu spać, bo przecież jutro do pracy.
Wielokrotnie miałem przyjemność polować na terenie Leśniczego Michała H, był zawsze miłym i uczynnym gospodarzem.

Copyright © 2002-2022 www.knieja.pl